Szamotuły. Czesław Śpiewa na scenie kina "Halszka" [ZDJĘCIA]

Magda Prętka
Magda Prętka
W niedzielny wieczór, 24 marca Szamotulski Ośrodek Kultury zaprosił mieszkańców na koncert zespołu Czesław Śpiewa. Sala kinowa „Halszki” pękała w szwach!

Było zabawnie, trochę ironicznie, momentami poważnie. Czesław Mozil przyzwyczaił już swoich fanów do tego, że koncerty z jego udziałem – czy to w formule teatru jednego aktora, czy też w odsłonie zespołowej, nigdy nie ograniczają się tylko do prezentacji muzycznej, o nie! Artysta znany z gadulstwa i wyrażania bardzo odważnych komentarzy na temat sytuacji politycznej kraju oraz polskiej obyczajowości, również w Szamotułach pokusił się o liczne monologi. I tak, publiczność na zmianę tryskała śmiechem, zastygała wsłuchując się w jego słowa, by ostatecznie nagrodzić Mozila burzą oklasków. Niedzielne spotkanie z muzyką – jak mówili już po koncercie szamotulanie – było specyficzne, niecodzienne wręcz. Finalnie – po prostu niezapomniane.

- Chociaż znamy się już od 17 lat, to w takim składzie – z saksofonami i perkusją gramy od niedawna – przyznawał Czesław, otwierając koncert w kinie „Halszka”. Poniekąd był to zwiastun pewnego eksperymentu z dźwiękami, choć trzeba przyznać – bardzo udanego. W materiale muzycznym, jaki zespół zaprezentował z trudem można było doszukać się klasycznego brzmienia wynikającego z niby doskonale znanego połączenia pianina, saksofonów, perkusji i bębnów, gitary oraz tzw. przeszkadzajek. Wszystko brzmiało bardzo prosto, a zarazem niezwykle ciekawie. Było nowe, zaskakujące, inspirowało.

Mozil co prawda nie wywoływał dreszczy na ciele swoim wokalem, ale tekstami już tak. W utworach pełnych metafor oraz ironii, czasem poważnie, częściej jednak z przymrużeniem oka opowiadał o problemach Polaków, obnażając ich wady i przywary. Śpiewał o „białych murzynach” oraz magistrach zamiatających ulicę. Ale było też o miłości – tej prawdziwej, trudnej, w istocie – pięknej. O związkach międzyludzkich, przyjaźni, prozie życia.

Warstwę liryczną piosenek uzupełniały komentarze, na które artysta pozwalał sobie w przerwach między kolejnymi utworami. A mówił dużo. Między innymi o tym, że komunikując się z ludźmi musi dzisiaj włożyć w to sporo dyplomacji. Brak nam dystansu do siebie – stwierdzał bez słów.

- Czy ironii w Polsce nie rozumieją tylko dzieci? - przywoływał rozmowę z psychologiem. Jego spostrzeżenia były trafne, choć nie odkrywał świata. Mówił i śpiewał o tym, z czego większość doskonale zdaje sobie sprawę, lecz niewielu głośno to przyznaje.

Słowo świetnie komponowało się z dźwiękiem. Karen Duelund Mortensen i jej saksofony – z pozoru subtelne, a jednak bardzo głębokie – fantastycznie uzupełniały brzmienie pianina Mozila i perkusji, za którą zasiadł Troels Drasbeck. Mortensen zachwycała również wokalizą, Drasbeck dołożył do kilku utworów gitarę klasyczną. Trudno jednak przypisać ich muzykę do jakiegokolwiek gatunku. Czerpali zewsząd. Z folku, rocka, klasyki, popu, na scenie słychać było nawet pewną nutę orientu. Jakby nie tyle uciekali przed zaszufladkowaniem, co pragnęli stworzyć nową jakość, wyszukaną alternatywę. Czy im się to udało? Na to pytanie każdy z uczestników niedzielnego koncertu powinien odpowiedzieć sam. Niemniej jednak zdaje się, że wszyscy wychodzili z kina z przeświadczeniem, że był to wieczór szczególny. Wieczór, w którym główną rolę zagrało słowo.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie